Kalendarz

Wrzesień 2014
P W Ś C P S N
« Sie   Paź »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930  

Archiwum

Wylosował Zieloną Kartę do USA, zrezygnował z niej jednak na rzecz wyjazdu do Chin

Przedstawiam Państwu poniżej wywiad jaki przeprowadziłem z Maurycym Dziubińskim, młodym Polakiem, studentem, którego poznałem jakieś pół roku temu w mieście Yiwu w Chinach.

Maurycy Dziubiński wraz z chińskimi koleżankami

Maurycy Dziubiński wraz z chińskimi koleżankami

Adam Machaj (A.M.) – Witam, ni hao (zwrot na przywitanie po chińsku).

Maurycy Dziubiński (M.D.) – Ni hao.

A.M. – Zacząłem od „ni hao” bo wiem, że zacząłeś się uczyć chińskiego.

M.D. – Tak, to prawda. Jak też wiesz studiowałem jeden semestr na uniwersytecie w Yiwu.

A.M. – No to może powiedz kilka zadań jak tam trafiłeś.

M.D. – Studiuję Ekonomię na UE w Krakowie. Koniecznie chciałem wyjechać gdzieś na wymianę na 3cim roku studiów, najlepiej na oba semestry. W pierwszej rekrutacji zakwalifikowałem się dopiero na ostatnią, ósmą wybraną przeze mnie pozycję. Miał to być semestr zimowy w Szwajcarii. Koszty utrzymania studenta w Szwajcarii to 6000 zł miesięcznie, mnie nie stać, moich rodziców też nie, więc zrezygnowałem. Na innych pozycjach była m.in.Anglia, Stany, bodajże Korea Południowa. Tak naprawdę nigdy nie chciałem wyjechać na typowego Erazmusa.

Zanim nadszedł czas na drugą rekrutację, jakoś tak się złożyło że zaprzyjaźniony profesor Brytyjczyk poopowiadał mi trochę tego i owego o swoich doświadczeniach w Chinach. Był tam na wymianie, nauczać na uniwersytecie, 3 razy po 1 semestrze. Opowiadał w samych superlatywach, jeżeli dobrze pamiętam to to był właśnie moment w którym zwróciłem głowę w stronę Chin i pomyślałem ‚Aha, to jest ciekawy kierunek’. Później się powoli zaczęło: blogi, vlogi, czytanie artykułów. Brytyjczyk wspomniał też, że prawdopodobnie będzie się otwierać jakaś możliwość wyjechania na wymianę do Chin, ale wtedy chyba chodziło o coś w Jiangsu, nie Yiwu. Mniejsza z tym.

Po drodze na pewno trafiłem też na Twojego bloga, odnoszę wrażenie że trafiłem na niego jeszcze dawno zanim zacząłem się interesować Chinami, ale wtedy to była tylko taka ciekawostka, nie zagłębiałem się. Aplikowałem też na stypendium z chińskiego rządu, zebrałem komplet dokumentów, zrobiłem badania lekarskie, zapłaciłem za tłumaczenie dokumentów, wysłałem do Belgii do ich biura (Mission of the PRC to the EU) i nigdy już od nich nie słyszałem, powiedziałem trudno. Później była druga rekrutacja na UEK, pojawiła się opcja semestru letniego w Chinach, wybrałem jako 1wsze miejsce na liście. Dostałem się ja i jedna dziewczyna z 5 roku. Byliśmy pierwszymi osobami, które na tej umowie międzyuczelnianej pojechały. Chińczykom nie udało się w ogóle wyjechać ze swojego kraju by zrobić swój semestr u nas, ponoć nie otrzymali zaproszenia, szczegółów nie znam.

A.M. – A jaki jest koszt takich studiów?

M.D. – Pokryli nam czesne, które normalnie wynosi jakoś ok 6000-7000 rmb za semestr. Całą resztę musieliśmy pokryć sami. Akademików dla obcokrajowców akurat nie mieli, ale i tak bym pewnie nie skorzystał.

A.M. – Jaka atmosfera panuje na takiej uczelni, kto studiuje i jak wyglądają lekcje?

M.D. – No cóż, Yiwu to Chiny 3ciej kategorii (3rd tier) czy też Chiny C jak kto woli. W Yiwu jest dość sporo obcokrajowców, są to głównie osoby z krajów rozwijających się. Afryka, kraje arabskie, Kolumbia itd. Całe mnóstwo obcokrajowców przyjeżdża na 2-4 tygodnie ubić interes. Część z nich, ok 400, siedzi na studenckich wizach, ich rodziny zajmują się eksportowaniem tanich towarów do swoich krajów. Ja i Agnieszka (koleżanka, Polka) stanowiliśmy część bardzo nielicznej grupy białych na kampusie. Oprócz nas było jeszcze trochę osób z Rosji. Zajęcia dla obcokrajowców odbywają się jedynie na dwóch piętrach w ośmiu salach lekcyjnych, cała reszta dużego kampusu to Chińczycy. Robiliśmy furorę jako egzotyczni i nieliczni z Europy. Lekcje chińskiego prowadzone przez czterech różnych nauczycieli, na pewno nie można im było odmówić zaangażowania. Warunki raczej obskurne, podejście do nauczania zbyt książkowe i tradycyjne, duży nacisk na pisanie i czytanie. W tym samym czasie znacznie lepiej nauczyłbym się Chińskiego mówionego ucząc się sam i ćwicząc na żywo z ludźmi. Jednocześnie nie żałuję, bo to był bardzo porządny wstęp do nauki chińskiego, bez zaniedbywania żadnej części.

A.M. – A tak na poważnie to dlaczego akurat Chiny a nie np. Londyn? Nie mam tu na myśli pracy w fabryce ale studia.

M.D. – Byłem w Londynie rok temu, przeżyłem trochę przygód, zarobiłem bardzo fajne pieniądze (nie minimalną), poznałem zarówno osoby z wyższej klasy średniej jak i z klasy robotniczej. Miałem/mam też w UK paru znajomych którzy studiują lub studiowali. Ja wyników w nauce nigdy wybitnych nie miałem, więc nie łapałem się na stypendia do obleganych uczelni w Zachodniej Europie. Jeżeli miałbym myśleć o studiach w np. takim Londynie to musiałbym myśleć przed 1wszym rokiem a nie tuż przed 3cim. Z resztą po Londynie nabrałem nowej perspektywy na państwa Europy Zachodniej. Zdecydowanie za dużo napływowych emigrantów klasy robotniczej, nierobów na socjalu, za dużo też Polaków na poziomie jakby to powiedzieć… nie pozostawiającym żadnych wątpliwości. Osoby z paszportem polskim mają już w Europie Zachodniej wyrobioną nie najlepszą opinię. Tzn. akurat pracodawcom to się podoba, bo jak słyszą „Polak” to już wiedzą że zadowoli się mniejszą płacą niż jego brytyjski czy niemiecki odpowiednik, za to będzie zasuwał 2-3 razy bardziej niż oni. Z resztą praca na etat/dla kogoś nigdy mnie nie rajcowała, wspinanie się po szczeblach w korporacji/firmie też nie. Ponadto w Londynie większość obcokrajowców, których spotkałem to były osoby które znalazły się tam z przypadku (jak i z resztą ja sam), nie mieli lepszego pomysłu, trochę takie stadnie myślenie. W Chinach też spotkałem takich obcokrajowców, jednak ich odsetek był znacznie mniejszy, a samych obcokrajowców znacznie mniej.

A.M. – Wiem, że wylosowałeś zieloną kartę do USA ale jednak wciąż chcesz do Chin?

M.D. – Stany były moją wielką fascynacją i marzeniem od powiedzmy ok. 14. do 19. roku życia, później ta fascynacja zaczęła trochę gasnąć w miarę uświadamiania sobie realiów życia tam oraz tego, że Stany nie są pępkiem świata i oprócz nich jest pełno innych miejsc w których warto się zakręcić . W 2012 roku zarejestrowałem się w loterii DV 2014 (Diversity Visa). W Maju 2013 dowiedziałem się, że zostałem wylosowany (szansa 1%). Wtedy już jarzyły mi się na horyzoncie gdzieś tam Chiny, ale i tak byłem dosyć podekscytowany i zacząłem się rozglądać za możliwościami w USA na start, jednak nie byłem już tak przekonany do Stanów jak wcześniej. W bardzo dużym skrócie: (zdecydowanie) przereklamowany kraj, zwłaszcza w oczach Polaków i innych obywateli krajów „rozwijających się”. Nie byłem, ale znam realia. Nadal chciałbym tam pojechać, ale po to by się zabawić, wynająć auto, zrobić road trip, pokonsumować sobie co tam Ameryka ma do zaoferowania, bo jednak ma do zaoferowania bardzo dużo. To gdzieś tam jest w planach za 5-10 lat jak uda mi się odnieść sukces finansowy w Chinach. Ale żeby startować w USA od zera, bez punktu zaczepienia, bez rodziny, bez znajomości, z oszczędnościami na pierwsze 2 miesiące? Zasuwać kilka lat w byle jakiej pracy? Wolę Chiny ze wszystkimi ich wadami, tu mogę się spokojnie utrzymać za 15h nauczania angielskiego tygodniowo, a całą resztę czasu poświęcić na zdobywanie doświadczenia w biznesie (np. sourcing, trading), próbowanie czegoś samemu, np. kampania na kickstarterze i tworzenie nowego produktu (Chiny to najlepsze do tego miejsce), nabywanie kontaktów, nauka chińskiego itd.

Nabywanie kontaktów, tzw. networking, to dla mnie bajka w Chinach. Dużo mniejsze bariery niż u nas, w Europie czy Stanach. W Chinach mogę usiąść z parę lat starszym gościem, powiedzmy takim 28 letnim Amerykanem, który ma 3 prosperujące biznesy i dochody liczone w sumach 7 cyfrowych w USD na rok. I możemy sobie pogadać jak równy z równym, zakolegować się, mogę korzystać z jego porad i jego znajomości.
Po zarobieniu i wydaniu kasy w Chinach, po doświadczeniu niebywałej swobody, po przeżyciu wielu przygód, opcję USA porzuciłem całkowicie. 10 sierpnia 2014 zapraszali mnie na rozmowę w ambasadzie w Warszawie (finalny etap). Odmówiłem. Dla tych co się nie orientują: po otrzymaniu Zielonej Karty jest 180 dni na wjazd do Stanów, inaczej przepada. Później należy w Stanach mieszkać przez co najmniej 5 lat zanim otrzyma się obywatelstwo. Każda podróż poza Stany podważa nasze autentyczne rezydowanie w Stanach. Zieloną Kartę trzeba utrzymywać, to nie jest tak że się ją dostanie i już ma się wszystkie przywileje zagwarantowane.

A.M. – A jak twoje Otoczenie zareagowało na to, ze rezygnujesz z zielonej karty do USA na rzecz wyjazdu do Chin?

M.D. – Nie chwaliłem się tym zbyt głośno, ale większość reakcji moich znajomych była w stylu „Ja bym takiej szansy (jak Zielona Karta) nie przepuścił”. Rodzice nie zaskoczeni bo znali przebieg wydarzeń i odczuć na bieżąco. Amerykanie, których poznałem w Chinach chyba najmniej zaskoczeni ze wszystkich. Moja dobra chińska koleżanka najchętniej wyrwałaby mi włosy z głowy. Od zawsze chciała wyjechać na studia do Stanów i w przyszłym roku będzie to realizować. Jak wiadomo Chińczycy nie mają łatwo z wyjazdami do innych krajów, także chwalenie się przed chińskimi znajomymi, że możemy pojechać do UK bez paszportu (na dowodzie osobistym) czy do innych krajów UE, albo że wylosowaliśmy Zieloną Kartę to sprawdzony sposób by zaczęli skakać w złości i niedowierzaniu. Z drugiej strony to bogate chińskie dzieci jeżdżą na studia do Stanów (ich rodzice płacą bagatelne sumy za studia i utrzymanie), czy po prostu na wakacje do amerykańskich rodzin, a polscy studenci i absolwenci jeżdżą na Work&Travel.

A.M. – Co najbardziej zaskoczyło Cie po pierwszej wizycie w Chinach? Wymień kilka spraw.

M.D. – Przed przyjazdem intensywnie czytałem blogi, w tym Twojego, oglądałem dużo vlogów. To nie pozostawiło za dużo miejsca na jakieś zaskoczenia, to było bardziej na zasadzie „a więc tak to wygląda w realu i tak się to czuje”. Z takich rzeczy to chyba nie zdawałem sobie sprawy z aż tak dużej swobody. Szczególnie w miastach 2giej i 3ciej kategorii jest dziko i można sobie pozwolić na dużo. Ciężarówki i motocykle trąbiące na ludzi przechodzących na pasach, na czerwonym lewoskręt tuż obok policji, pod prąd mijając policję, to jest wszystko chleb powszedni. W Yiwu miałem też spalinowy skuter więc frajda była niemała. Zasada: gdzie fizycznie wjedziesz, tam nikt nie będzie miał problemu z tym, że tam jedziesz. Kto był/jest w Chinach to wie, kto nie był to Twój post o Policji w Chinach wiele wyjaśnia.

Poza tym zdawałem sobie sprawę z tego, że w Chinach jest niesamowite bogactwo, ale przeczytać i zobaczyć zdjęcia to jedno, a przeżyć to drugie.

A.M. – Czyli obraz Chin wykreowany w polskich mediach nie jest do końca autentyczny?

M.D. – To jest tak pojechana sprawa, że nawet nie wiem jak się w tej kwestii wypowiedzieć. Wydaje mi się, że krytykowanie polskich mediów w tej sprawie to coś jak kopanie leżącego, dużo na ten temat zostało napisane. Z drugiej strony wydaje mi się, że media polskie już nie podają takich bzdur odnośnie Chin jak jeszcze kilka lat temu. To tylko moje wrażenie, bo generalnie nie czytam polskich mediów. Myślę, że ciężko jest przez dłuższy czas ignorować tak olbrzymi sukces gospodarczy i idące za tym procesy. Dlatego polskie media czasem zapodadzą jakieś wieści o wielkich inwestycjach Chin czy przejęciach firm, ale to jest na zasadzie „skala jest tak wielka, że wypada o tym wspomnieć”. 

Najgorszy natomiast jest obraz Chin w oczach przeciętnego Polaka, który o Chinach nie wie nic, oprócz tego, że jest tam „bieda, dużo problemów, wyzysk i łamanie praw człowieka”. Ci wyedukowani już coś tam wiedzą. Z drugiej strony przyznam, że mnie to cieszy. Niech masy dalej latają z wywalonym jęzorem za wyidealizowanym Zachodem, a do Chin niech przyjeżdżają sami wartościowi, ambitni i nietuzinkowi ludzie. Zresztą masy nigdy do Chin na szczęście się nie zlecą, w ogóle się to dla nich nie opłaca, za duże bariery wizowe, kulturowe, geograficzne i inne. Dużo osób (w tym Polaków) przyleci, postudiuje lub ponaucza angielskiego 1-2 lata max i wracają do swoich krajów. Ja jestem na misji by nie zostać jednym z nich. Trzeba przyznać, że Chińska kultura, otoczenie i frustracja jakiej można tu zaznać dość skutecznie odsiewają osoby „z przypadku”, a jeśli nie, to skutecznie robi taka a nie inna polityka wizowa. Za przywilej bycia w Chinach się płaci.

A.M. – A jak z ta wolnością i prawami człowieka w Chinach oczami młodego studenta z Polski

M.D. – Powiem tak. W Polsce ludzie są zaszczuci przez władzę, szczególnie gdy na horyzoncie Policja, zachowują się jak potulne owieczki. W Polsce rząd mnie ściga za dorobienie sobie 1000 $ na boku jako student (sic!) bo nie założyłem działalności gospodarczej żeby dorobić sobie jakąś kieszonkową kasę. W Polsce rząd mnie ściga za otworzenie Radlera 2% (napój alkoholowy) w parku ze znajomymi. W Polsce straż biznesowa (tzw. miejska) nakłada na mnie mandaty bo przejechałem rowerem po przejściu dla pieszych lub przekroczyłem jezdnię w miejscu niedozwolonym. Jednocześnie gdy łapie dresiarza, który pół godziny temu napadł na mnie bez żadnego powodu i zaczął okładać stalową rurką po twarzy we dwójkę ze swoim drugim kolegą dresiarzem, wtedy rząd nie robi nic poza spisaniem go na komendzie (autentyczna historia). O polskiej służbie zdrowia, tego jak jest się traktowanym w urzędach i instytucjach publicznych, o 1000 zł ZUS, o tym to nawet nie chce mi się mówić. Każdy myślę wie jak jest.

Natomiast dla przeciętnego Chińczyka z dużego miasta, to wszystko co wyżej opisałem to jest jakiś kompletny surrealizm, tak samo jak i z resztą dla mnie, szczególnie po powrocie z Chin. To jak to widzę pokrywa się w 99.9% tego co opisujesz na blogu. Myślę, że ludzie którzy nie żyli poza naszą ojczyzną nie zdają sobie z tego sprawy.
Byłem w Yiwu, Jinhua, Hangzhou, Szanghaju, Shenzhen, spędziłem 3 tygodnie w Kantonie. Chińczycy to generalnie wyluzowani ludzie, widzą że z roku na rok mają coraz lepiej (lub z miesiąca na miesiąc), stać ich na coraz więcej, każdy dzień to długa przerwa w pracy na lunch, jedzą wspólnie i wystawnie, konsumują na potęgę, na pewno nie narzekają. Krytykują niektóre działania władz w rozmowach między sobą czy na Weibo (chiński odpowiednik Tweetera) i nic im się nie dzieje. Nie podważają zaś samej istoty działania partii komunistycznej, ale czy nawet gdyby nie groziło to żadnymi konsekwencjami, czy wtedy by krytykowali rząd bardziej niż obecnie? Śmiem wątpić, biorąc pod uwagę niesamowitą efektywność chińskiego rządu.

A.M. – Zdradzisz nam swój epizod filmowy?

M.D. – Kolejny zwykły dzień na uniwersytecie. Do klasy na przerwie wpada jakiś nieznany nikomu jegomość, wygląda na Rosjanina. Omija wszystkich jak leci i idzie bezpośrednio do mnie, wręcza mi jakiś papier, rzuca ze 2 słowa i wychodzi. Szukają „białych mężczyzn o europejskiej aparycji, minimum 175cm wzrostu”. To ja, a wzrostu aż zanadto bo 193 cm. Potrzebowali statystów do nowego filmu Jackie Chana ‘Dragon’s Blade’. W skrócie parę tygodni później pojechałem do Hengdian, największego studia filmowego na świecie. Transport i hotel zapewnione, graliśmy rzymskich żołnierzy, pierwszy raz na planie, na początku ciekawie, później śmiertelnie nudno. Przeważająca większość statystów to byli Rosjanie, którzy pozjeżdżali się tam z różnych miast, byli już któryś raz i głównie dla zarobku. W samochodzie do Hengdian od razu się zakolegowaliśmy z młodymi Rosjanami i jednym Ukraińcem, ja miałem nieczęstą okazję do poćwiczenia swojego rosyjskiego, którego od liceum już w dużej mierze pozapominałem. Na planie bezwzględny zakaz robienia zdjęć ale ukradkiem porobiłem ich całkiem sporo. Poznałem Jackiego Chana, facet albo jest dosyć gburowaty albo taki miał dzień, w każdym razie nie przepadam za nim. Zestarzał się też i jak pokazywałem później znajomym zdjęcia to wszyscy byli zaskoczeni. Interesujące doświadczenie ale raczej na 1 raz. Przynajmniej poznałem parę osób, w tym Polaka, Karola z Warszawy, też studenta. Na koniec po godzinach wykłócania się z otyłym i bardzo cwanym szefem dostałem należną mi zapłatę i transport z powrotem.

Później znowu proponowano mi fuchy w Hengdian przy innych produkcjach filmowych ale nie chciałem.

A.M. – A jak ogólnie wygląda sprawa dorobienia do kieszonkowego zakładając, że nie każdy ma szanse grać w filmach?

M.D. – Upraszczając: jak nie jesteśmy native speakerem, umiemy angielski nawet nawet, czyli A2-B2, to będziemy nauczać angielskiego dorosłych i dzieci (zwykle dzieci) w Chinach B i C oraz raczej tylko dzieci w Chinach A. Będziemy zazwyczaj trochę mniej opłacani niż native speaker, chociaż z tym jest różnie. Jak umiemy angielski bardzo dobrze, perfekcyjnie wręcz, akcent mamy prawie jak native lub zupełnie jak native, to już możemy po prostu uderzać tam gdzie chcą native speakerów i nie musimy się ograniczać do przedszkoli, szkół 2giej kategorii czy training centres masowo „mielących” zarówno nauczycieli jak i studentów dla kasy. Ja się zaliczam do tej drugiej grupy i uczyłem w 98% dorosłych, chociaż w Yiwu nawet jakby mój angielski był na poziomie B1-B2 to pewnie nadal bym był w stanie uczyć w przynajmniej połowie tych szkół, w których uczyłem. Praca w szkołach bez wizy pracowniczej w takim Yiwu jest kompletnie nie ścigana, przypuszczam że w Chinach B (jak Twoje Changsha) jest średnio ścigana, w Chinach A, szczególnie Pekin, najbardziej ścigana. Prawdziwa kasa zaczyna się jak nauczamy prywatnie, z dala od często chaotycznych i przykrych warunków ‘training centers’, które są maszynkami do robienia dużej kasy dla ich właścicieli, a prawdziwe nauczanie schodzi na drugi plan.

Zastrzegam tylko, że wszystko powyższe nie opiera się w 100% na moim doświadczeniu, ale też na obserwacjach, zasłyszanych i wyczytanych historiach itd. Nie uczyłem poza Yiwu, więc autentyczny obraz może się trochę różnić.
Przykładowe stawki w rmb:
Yiwu, praca w szkole: 100-120/h
Yiwu, prywatnie: 150-200/h

Guangzhou, Shenzhen, praca w szkole: 180-250/h, czasem 300/h

Guangzhou, Shenzhen, prywatnie: od 300/h, jak jesteśmy dobrzy to możemy wycisnąć 500/h, portfele rodziców dzieci 16-20 lat, które zamierzają np. studiować za granicą, są bardzo zasobne, jak umiemy się sprzedać i zaoferować usługę na najwyższym poziomie to zarabiamy więcej.

A.M. – I z tego da się wyżyć? Co mogłeś sobie kupić za godzinę pracy? Lub ile godzin musiałeś tak przepracować aby wynająć mieszkanie na miesiąc czasu w Yiwu. 

M.D. – Powiem tak. Jakbym chciał, to pracując po cztery godziny dziennie zarabiałbym około 8500 rmb miesięcznie, i to nie licząc weekendów. Pracując w weekendy po 6 h dziennie łatwo wyliczyć, że byłoby dodatkowe 5000 rmb. Jednak zarabiałem połowę pierwszej sumy, pracując mniej, zamiast tego więcej ucząc się chińskiego, nabywając kontakty i załatwianiem różnych takich chińskich spraw jak zakładanie konta na Taobao i Alipay przez 3 dni po godzinach (i wiele, wiele innych). Różne były miesiące, ale generalnie nie miałem przymusu żeby pracować więcej, bo dostawałem trochę od rodziców. Od października/listopada czas na nowy epizod, tym razem w Shenzhen, w pełni samodzielnie.

W Yiwu mój koszt nowej kawalerki z nowymi meblami (pierwszy użytkownik) to było ok. 1500 rmb ze wszystkimi mediami, na miesiąc. Brak kuchni, lodówki, pralki więc codziennie 3x restauracja/bar/uliczne żarcie, co tydzień pranie, co jakiś czas taksówka, codziennie skuter itd.
Oszczędnie bo posiłki głównie po 10-20 rmb a czasem mniej, ale bez żadnego biedowania czy wybierania najtańszych artykułów na każdym kroku jak to jest powszechne w naszej ojczyźnie. Co jakiś czas oczywiście bardziej wystawna kolacja, wyjście do klubu itd. W sumie jakieś ok. 3500 rmb miesięcznie, tak do 4000. Dałoby się żyć od 3000 z nieco tańszym zakwaterowaniem i ogólnie niższym standardem.

A.M. – Jakie plany na przyszłość?

M.D. – Emigracja do Shenzhen i tym samym do Chin na stałe. Znalezienie pracy/praktyk w branży sourcing/trading/quality control/product development. Po około roku nabierania doświadczenia i nauki chińskiego, po zaoszczędzeniu jakiejś ładnej sumki, praca na własną rękę. Współpraca z osobami prywatnymi i firmami z Polski i z całego świata. Sourcing, eksport, import. Prowincja Guangdong to również wymarzone miejsce na product development, szczególnie w dobie croudfundingu (kickstarter itp.). Wiem, to szeroki zakres, ale nadal jestem (bardzo) młody, w Chinach zielony, muszę znaleźć tą swoją rzecz i się specjalizować. Najwięcej kasy i możliwości jest w importowaniu na rynek chiński, sprzedaży Chińczykom. Myślę, że jedno jest pewne – z właściwym podejściem i wytrwałością, przez kilka lat rozwinę się w Chinach tak jakbym się nie rozwinął niemal nigdzie w Europie. Kontakty też będę miał zdecydowanie bardziej międzynarodowe niż w Europie.

W przyszłym roku wielce prawdopodobne, że sam założę bloga lub/i stronę, na której będę oferował swoje usługi.

A.M. – Jak oceniasz Chiny pod względem tego co rząd ma do zaoferowania dla swoich obywateli? Nie chce abyś przytaczał „mądre statystyki” ale powiedz to co zaobserwowałeś na przysłowiowej ulicy.

M.D. – Ciężko mi nie powielać tego co już na Twoim blogu zostało napisane. W Polsce można sobie mówić, krytykować do woli politykę w internecie, mazać po ścianie, w Chinach można zarabiać pieniądze. Taka jest zasadnicza różnica.

Wydaje mi się, że ciężko to poczuć dopóki się do Chin nie przyjedzie. Mikrobiznes w Chinach wrze, ludzie mają kasę, gotówka ciągle w obrocie. Na jednej bocznej uliczce lub w promieniu tylko 80 metrów na osiedlu jest powiedzmy 30 barów/restauracji, 15 stoisk z ulicznym żarciem, stoiska z wyciskanymi sokami, stoiska z warzywami i owocami, z mięsem, fryzjer, SPA, masaż, 6 sklepów ogólnospożywczych, hotel, 2 sklepy z narzędziami, 2 sklepy z zaopatrzeniem dla domu i coś tam jeszcze. I to wszystko prosperuje. W Yiwu pod moim małym 6 piętrowym blokiem w ciągu czterech miesięcy, tylko tuż pod oknem, otworzyły się trzy restauracje, dwie z nich piętrowe. Od otwarcia zawsze wypełniały się po brzegi.

W sklepach spożywczych/zaopatrzeniowych w Yiwu, dopóki to nie był sklep sieciowy np. C&U, nie było żadnych kas fiskalnych. Pamiętam, jak rodzina Agnieszki po przyjeździe była tym zadziwiona, ludzie nie dowierzali.
Rząd ma do zaoferowania doskonałą infrastrukturę na wschodnim wybrzeżu i nie tylko tam. Idealnie gładkie, multipasmowe drogi i estakady w miastach, najszybszą kolej na świecie a w dużych miastach dobrze funkcjonujące, czyste i bezpieczne metro. Słyszałem ostatnio nawet o WiFi w pociągach. I to wszystko w cenie niewiele wyższej niż nasze PKP. Tańsze też są, wybór należy do konsumenta.

Oczywiście Chiny mają swoje problemy, a ich skala jest adekwatna do wielkości tego kraju.

A.M. – Jakieś przesłanie do młodzieży w Polsce oraz czytelników Raportu z Państwa Środka?

M.D. – Młodzież niech czyta Raport z Państwa Środka 😉 Polacy w Chinach – proszę o kontakt, jeżeli ktoś z Was mieszka/będzie mieszkał lub przebywał w Shenzhen. Jak ktoś ma pytania co do Yiwu lub czegokolwiek to służę pomocą (maurycy.dziubinski<at>gmail.com)

Pozdrawiam wszystkich czytelników tego bloga, mimo że sam rzadko się udzielam to czytam większość komentarzy.

A.M. – Dzięki za wywiad, życzę sukcesów na chińskiej drodze życia.

M.D. – Oby do przodu, z wysokim tempem wzrostu i nie według reguł. Dzięki za wywiad i nawzajem.

A.M. – Do zobaczenia w Chinach

M.D. – Mam nadzieję, że już niebawem. Do zobaczenia!

Adam Machaj, szczecin.adam@hotmail.com

=========================================================================================

Zachęcam wszystkich do kliknięcia „lubię to” w oknie Facebooka na naszym blogu (prawa kolumna, u góry). Na fanpage wrzucamy całą masę tekstów, materiałów wideo i zdjęć, które nie ukazują się tutaj na blogu więc warto.

Polub i udostępni

Leave a Reply

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

  

  

  


CAPTCHA Image
Reload Image